Jako społeczeństwo powoli wyrastamy z udowadniania wszystkim naszego sukcesu i dojeżdżania do pracy samochodem aby chwalić się naszym statusem. Czemu tak uważam? Od lat widzę, że ludzie na siłę starają się ustawiać rowery razem z samochodami w jednej kategorii więc jak cię nie stać na samochód to jeździsz rowerem. Na szczęście ludzie są coraz bardziej świadomi i coraz chętniej przenoszą aktywność fizyczną do normalności dnia codziennego.

 

Jednym z takich przebiśniegów świadomości społeczeństwa jest właśnie wzrost popularności dojeżdżania rowerem do pracy. Ale pomijając już fakt napinania klaty i udowadniania kto odniósł większy sukces. Podróżowanie rowerem niesie dużo więcej korzyści.

 

Niewątpliwie najważniejszą z nich jest nasze zdrowie, wiele osób w dzisiejszych zalatanych czasach ma problemy ze znalezieniem wolnego czasu na wyskoczenie na basen, siłownie czy jakiś dalszy wypad na rower.

 

Bo kto jest w stanie wygospodarować luźne 2-3 godziny gdy w domu jeszcze tyle do zrobienia. I żyjąc z takim przeświadczeniem, że nie mamy czasu na porządne treningi znajdujemy się po kilku latach w sytuacji, że nasz jedyny wysiłek fizyczny to dojście z parkingu do windy, z windy do biurka i w między czasie doczołgałnie się do ekspresu z kawą. A największym wysiłkiem tygodnia jest wejście 2 pięter po schodach.

 

Bardzo łatwo złapać się w takiej pułapce gdzie człowiek małymi kroczkami puszcza korzenie i zarasta “warstwą ochronną” i nie czuje tego do czasu aż wygospodaruję trochę czasu na rower z kolegami i podjazd na którym wcześniej gadał ze znajomymi wyciąga z jego płuc ostatnie tchnienie.

 

Niestety taki scenariusz spotkał wielu, człowiek dorasta i staje się wygodny. Próby wrócenia na rower przeprowadza z rozmachem i kończy z potężnymi zakwasami i bólami od niewygodnego siodełka.

 

I tutaj pojawia się rower jako środek lokomocji. Podskoczymy do US wytłumaczyć się z jakiejś fakturki, pojedziemy na pocztę, czy też dojedziemy do pracy. Takie proste odcinki powodują, że człowiek nie skupia się na jeździe jako ciężkiej pracy nad swoim stanem zdrowia a prostym środkiem lokomocji. Zmierzamy do punktu B z punktu A i tyle się liczy, ale takimi małymi kroczkami dodajemy sobie w trakcie dnia odrobinę tej aktywności fizycznej.

 

Poza tym gdy pierwszy raz wybrałem się rowerem do pracy po dość sporej przerwie przypomniałem sobie jak wielką swobodę i frajdę daje jazda w ruchu ulicznym. Uświadomiłem sobie, że wyczekuję końca pracy aby siąść na rower. Po dwóch miesiącach byłem lżejszy o 5 kg nie robiąc nic ponad dojeżdżanie rowerem do pracy oraz pilnowanie tego ile wody wypijam dziennie.

 

Ponadto gdy przestałem wybierać samochód jako środek transportu w drodze do pracy zacząłem szukać co jeszcze mogę załatwić na rowerze. Koszty paliwa spadły drastycznie zostawiając kilka stówek w kieszeni. Po czterech miesiącach nadszedł czas gdy żona musiała wrócić do pracy a mała do żłobka. Znowu zacząłem kombinować jak to wszystko pogodzić :D.

 

Podsumowanie

 

Poranna trasa pobudza krążenie krwi, przez co działa dużo lepiej niż jakakolwiek kawa. Wchodząc do pracy jesteśmy naładowani energią przez co nie zamulamy i szybko lecimy z pracą zaplanowaną na dany dzień. No i przede wszystkim gdy przyjedziecie do pracy w zimę to zostanie wam przylepiona łapka super bohatera 😀

Generalnie poza potrzeba odświeżenia się w pracy po ostrzejszym sprincie to nie widzę jakiś negatywnych aspektów takiego środka transportu. Osobiście uważam, że jako społeczeństwo zaczynamy robić się zbyt wygodni i niebezpiecznie nisko ustawiamy sobie poprzeczkę. Dzisiaj ktoś kto na rowerze przejeżdża odcinek 20 km jest nazywany psycholem a nasi dziadkowie bądź pradziadkowie zależnie od wieku robili tyle pieszo do szkoły „w śniegu po kolana”.

Tak na marginesie moja prababcia w wieku 85-90 lat potrafiła sobie czasem zrobić spacer na mszę do kościoła oddalonego o 5 km bo wtedy jej się lepiej myśli.

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *